W dniach 21 i 22 października br. w Gminie Zamość odbyły się spotkania poświęcone losom rodzin polskich wysiedlonych z Zamojszczyzny w latach 1942 – 1943. Dwa z nich zorganizowano z myślą o młodzieży gimnazjalnej. Tym razem uczestniczyli w nich uczniowie Zespołu Szkół w Żdanowie i Zespołu Szkół im. Dzieci Zamojszczyzny w Sitańcu, w łącznej ilości około 260 osób. Trzecie spotkanie odbyło się w Regionalnej Izbie Pamięci w Wysokiem. Prowadziła je Beata Kozaczyńska – dr nauk humanistycznych w zakresie historii, pracownik naukowo-dydaktyczny Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach, zajmująca się m.in. problematyką wysiedleń na Zamojszczyźnie w czasie II wojny światowej.
Pani Beata opowiadała o swojej pracy naukowej, zbieraniu materiałów, poszukiwaniu osób wysiedlonych, świadków tych wydarzeń, przedstawiała ich relacje. Całość poruszonej tematyki objęła: wysiedlenie z rodzinnego domu, pobyt ludności w obozie przejściowym w Zamościu,
transporty na roboty do Rzeszy, transporty (dzieci i starców) do dystryktu warszawskiego, transporty do KL Auschwitz, tułaczkę ludności we wsiach niewysiedlonych oraz osób „pozostawionych” jako służba dla kolonistów, opór ludności, akcje dywersyjne i pacyfikacja wsi na Za-
mojszczyźnie, pobyt w obozie przejściowym w Zwierzyńcu, losy ludności z Zamojszczyzny osadzonej na Majdanku, transporty osób zwolnionych z Majdanka do pow. puławskiego, powroty w rodzinne strony (1944‒1945 r.).
Bardzo owocne okazało się spotkanie z mieszkańcami w Wysokiem, którzy zaoferowali swoją pomoc w zbieraniu kolejnych relacji, dokumentów. Pani Beata zapowiedziała, że w obrębie jej zainteresowań znajdują się pierwsze wysiedlenia na Zamojszczyźnie, tzw. „próbne”, którym zostały poddane m.in. wsie: Wysokie, Bortatycze i Białobrzegi.
Tragiczne losy wysiedlonych mieszkańców Zamojszczyzny oddają relacje osób, które przeżyły i przekazały swoje świadectwo. Zostały zebrane przez Panią Beatę i wydane w książce pt. „Nie było kiedy płakać. Losy rodzin polskich wysiedlonych z Zamojszczyzny 1942‒1943”.
Zorganizowane w Gminie Zamość spotkania należały do cyklu spotkań historycznych dofinansowanych ze środków: Ministerstwa Obrony Narodowej, Starostwa Powiatowego w Siedlcach i Gminy Zamość.
Magda Misztal
Fragmenty relacji zawartych w książce „Nie było kiedy płakać. Losy rodzin polskich wysiedlonych z Zamojszczyzny 1942‒1943”
Relacja Feliksy Łukaszyk – Białowola 1980 r.
29 grudnia 1942 r. oddział specjalny partyzancki BCH Czesława Aborowicza ps. „Azja” w nocy wkroczył do wsi Lipsko podpalić wioskę. Po jej podpaleniu wywiązała się walka, trwająca około dwóch godzin, której zginęło kilku kolonistów i kilku było rannych za Lipsko. (…) 9 grudnia 1942 r., to było dla mnie straszne (…) zdaje mi się, że to było niedawno, a to już minęło 38 lat. Rano Niemcy otoczyli naszą wioskę, zaczęli strzelać do ludzi. Na wiosce zrobił się popłoch, Niemcy szli od domu do domu i spędzali ludzi do szkoły. Kto się ukrył, to przeżył. U nas w domu mąż, ojciec męża i sąsiad schowali się w stodole w słomie. Natomiast ja miałam 3-letniego syna i z drugim byłam w ciąży. Siostra męża też z pięcioletnim synem i sąsiadka z czterema synami: trzy, pięć, siedem i dziewięć lat. Myśmy mówiły, że z dziećmi się nie schowa i poszłyśmy do szkoły. Tam już spędzono dużo ludzi. Sołtys otworzył szkołę, weszliśmy do szkoły, jeszcze nie było Niemców. Inni ludzie mówili, że to wysiedlenie, inni zaś, że nas wybiją, a jeszcze inni tylko głowy opuścili i nic nie mówili. Do szkoły przyszło dwóch Niemców, zaraz Niemiec wyznaczył dwie kobiety do sołtysa, gotować obiad. Niemiec powiedział po polsku: „mężczyźni stanąć, kobiety siadać”. Jeden mężczyzna, który pracował w SS, wyjmuje papiery do Niemca jako pracownik i mówi po niemiecku. Niemiec tupnął nogą i powiedział: „afluchten banditen” i każdy zrozumiał, że nie wysiedlenie.
Z początku zaczęli Niemcy dyskusję.
Kto spalił Lipsko
Jeden mężczyzna mówił „ja jeździłem ze strażą, ja ratowałem”, a Niemiec na to nie zwracał uwagi. Popatrzył po mężczyznach, że za mało, powiedział: „dołączyć rodziny”. Jedna matka miała trzynastoletniego chłopca, kazał mu wyjść z ławki, matka mówiła: „panie, to dziecko”, powiedział: „matko wyjdź i ty”, i jeszcze dołączyła córka panienka.Niemiec popatrzył, że ~szcze za mało, jeszcze zbrodniarz się nie mógł nasycić. Mówił dalej: „które kobiety macie mężów”. Zaczęły mówić: „ja, ja”. Powiedział: „podnieście rękę w górę”. I ja podniosłam rękę w górę. Powiedział: „wyjdźcie”. Mnie coś tknęło, że nie wyszłam z ławki i zostałam. A dalej odliczył pięć osób
i kazał wyjść. Za chwilę słychać było pięć strzałów. W szkole zrobił się duży płacz, nie do opowiedzenia. Niemiec natomiast miał nahajkę, bił głowa, nie głowa i po chwili nahajka się rozleciała. W szkole wszystko ucichło, każdy już był trupem na miejscu. Tak do końca wyprowadzali po pięć osób. I pewnie mu jeszcze było za mało i tak, że w końcu nad tą sąsiadką z czterema synami coś po niemiecku szwargotali i ją ostatnią wzięli z tymi synami, to była cała piątka. Natomiast nas zostało kilka kobiet, kazali nam już iść do domu. Gdy wychodziłam ze szkoły, to ze strachu nie wiedziałam, czy ja żyję, czy nie żyję, tylko zdawało mi się, że nas wykończą za szkołą·
Jakie oni mieli serca jak tam były matki z malutkimi dziećmi na rękach, nawet były niemowlęta, co soskę miało w ustach. Wpierw strzelał do dziecka na rękach matki, a później matkę. I nawet byli staruszkowie już nad grobem.
I tak zginęło u nas 52 osoby, cztery osoby na własnych podwórkach, razem 56 osób. Żaden mężczyzna, gdy go Niemiec spotkał, nie został żywy. Jeden młodzieniec cudownie ocalał. Ja tego nie widziałam, tylko słyszałam z opowieści. Gdy ich wyprowadzili pięć osób, gdy usłyszał strzały stracił przytomność i się przewrócił, na niego upadł zastrzelony drugi mężczyzna. Gdy oprzytomniał to leżał nieruchomo pod trupem, zbryzgany krwią tego mężczyzny, co upadł na niego i tak przeleżał, aż Niemcy odjechali całkiem z Białowoli. Prawdopodobnie zginął później w partyzantce. W każdym morderstwie świadek musiał być.
Relacja Marii Anastazji Perkowskiej-Rusek
Szewnia Dolna
Mała cicha wieś, położona w dolinie za Szewnią Górną (około 20 km od Zamościa). Droga, a po jej obu stronach rzędy białych chat, krytych strzechą. I ta jedyna, moja rodzinna chata stojąca u wejścia do lasu. Chata, postawiona z jodłowych bali, przez moich rodziców: Annę i Józefa. W niej urodziłam się 1 sierpnia 1940 r.
Jak zginęli moi rodzice
Ojciec mój od stycznia 1942 r. był członkiem Batalionów Chłopskich. Walczył w bitwie pod Wojdą 30 grudnia 1942 r. Wracając po zakończonej walce został ujęty przez Niemców (wraz z innymi) pod zarzutem udziału w bitwie, torturowany i wraz z moją matką… żywcem spalony. Moja matka Anna z okna domu widziała, jak Niemcy wgonili skatowanych partyzantów do stodoły i oblewali ją benzyną. Wybiegła ojcu na ratunek. Miała w ręku papiery stwierdzające, że był on robotnikiem leśnym. Matka moja była w ostatnim miesiącu ciąży, w chacie zostało dwoje małych dzieci. Niemcy nie wzruszyli się jej prośbami – wepchnęli ją do stodoły i razem z ojcem, i innymi, spalili żywcem. Jeden Niemiec wszedł do naszej chaty i zabrał dwoje małych dzieci. Brata Bronisława lat 4 i mnie, Marię. Po spaleniu partyzantów Niemcy zabrali nas do obozu w Zamościu. Byli samochodem i na motorach, podobno było ich dziewięciu. Następnego dnia rodziny spalonych zebrały popioły z pogorzeliska i pochowały we wspólnej mogile w Kosobudach. W zgliszczach znaleziono splecione ręce moich rodziców. Z tych rąk zdjęto dwie obrączki ślubne: One stanowią do dziś jedyną pamiątkę po moich rodzicach, których nawet twarzy nie pamiętam. Miałam wtedy 2 lata i 5 miesięcy. To wszystko wiem z opowiadań mojej babci Katarzyny Czochry i dowódcy oddziału BCh z Szewni, p. Antoniego Najdy.
