Jan Wardach – podróże z biblioteką

136

Bo są takie spotkania, które zdarzają się gdzieś pomiędzy, a rower pozwala im zaistnieć

„Rower to wolniejsze odkrywanie, głębsze poznawanie, wolność wyboru, niezależność, samowystarczalność. Rower prowadzi cię do miejsc, o których nie wiedziało się, że istnieją, pomaga przeżyć chwile, o których nie myślało się, że mogą się wydarzyć. Nieplanowane, ulotne jak kurz nieprzebytych jeszcze dróg. Gdyby nie rower, umknęłyby niezauważone, przejechane, migawkowo dostrzeżone z okna pędzącego autobusu albo jeepa. Bo są takie chwile, obrazy i spotkania, które zdarzają się tylko gdzieś pomiędzy, a rower pozwala im zaistnieć” (Piotr Strzeżysz, „Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata”) – w ostatnią już wakacyjną podróż, w ramach tegorocznych BIBLIOTECZNYCH PODRÓŻY DOOKOŁA ŚWIATA, tym razem rowerem, wybraliśmy się z Panem Janem Wardachem. Motywem przewodnim tej podróży były “spotkania w drodze”. Pan Jan opowiedział nam o ludziach, których poznał w trakcie 30-letnich wędrówek po Kresach Rzeczypospolitej. Cykl rowerowych wypraw, zatytułowany “Moja przygoda z rowerem – spotkania w drodze”, to historie zebrane z podróży chociażby na Wołyń, Podole, Ziemię Lwowską. Relacjonujący wykazał się imponującą pamięcią do miejscowości, nazw, imion, faktów historycznych, których nie sposób w całości odtworzyć w kilku wersach artykułu. Skupmy się zatem na najistotniejszych wątkach. Zacznę od początku, a dokładnie od tego, jak to się stało, że nasz gość zawędrował tak daleko od domu i co tak naprawdę stanowiło siłę napędzającą koła jego roweru? Jak przyznaje Pan Jan od 30 lat sercem jest blisko na Kresach: „Urodziłem się w Chełmie i to miejsce stało się moim wyznacznikiem. W życiu tak jest, że do przodu coś nas kieruje – ludzie, historie, przedmioty. Intuicyjnie odczytuję ukryte w nich wskazówki, to są moje życiowe drogowskazy. Oprócz tego uważam, że trzeba mieć w życiu jeszcze trochę szczęścia, aby celnie trafić w określone miejsce, o właściwej porze”. Wśród najważniejszych ludzi, którzy motywowali rowerowego podróżnika, na pierwszym miejscu wymienić należy jego ojca. Jak przyznaje nasz gość od dziecka pociągały go przygody, bez przymusu przeglądał atlasy geograficzne i marzył o podróżach. Od najmłodszych lat fascynowała go niemal fotograficzna pamięć jego ojca oraz opowieści, którymi był przez niego karmiony, a dalej zachowane pamiątki rodzinne, które po dziś dzień nie odsłoniły w całości skrywanej w sobie tajemnicy. To wszystko już w dziecięcych wyobrażeniach niosło obietnicę podróży w nieznane: „Chciałem odkrywać, iść do przodu, widzieć dalej i coraz więcej. A przede wszystkim chciałem poznać miejsca znane mi z opowieści ojca i tak obrałem cel, kierunek – nierówną drogą do Równego, miejsca gdzie stacjonował garnizon ojca”. Rodzinne pamiątki, dokumenty – strzępy historii, które poprzez podróż nasz gość starał się poskładać i załatać; opowieści ojca w końcu mogły zostać zweryfikowane w konfrontacji z konkretnym miejscem i z pomocą fachowej literatury: „Marzyłem, że przyjdzie mi kiedyś odkopać sztandar zakopany przez ojca w Równem”.
A skąd wziął się sam pomysł na rower, jako środek lokomocji? I tu po raz drugi wyraźnie zaznacza się wpływ rodzinnych wzorców”: „Mój ojciec przed wojną dużo jeździł właśnie na rowerze”. Oprócz znaczącego wpływu rodziny, Pan Jan w trakcie spotkania przybliża kolejne sylwetki ludzi „napotkanych w drodze”, m. in.: Kazimierza Nowaka – „Kolejny mój idol, który także popychał mnie do tej aktywności, zainspirował mnie swoją 5-letnią wyprawą do Afryki, właśnie rowerem. Z kolei w Stanisławowie natrafiłem na fascynujący trop małżeństwa Chojnackich – para zasłynęła nowatorskim pomysłem na rowerową wyprawę po świecie. Zacząłem się interesować ich historią, tym czy ich przedsięwzięcie się powiodło. Dotarłem do informacji, z których wynika, że niestety ich podróż nigdy nie została ukończona, a oni sami rozeszli się”. Na szczęście Pan Jan w swoich podróżach miał niebywałego farta. Dla niego podróże miały jaśniejsze oblicze – w ciągu 30 lat podróżowania rowerem, ani razu nie uległ wypadkowi, nikt nie ukradł jego roweru, którym ostatecznie zawędrował aż na Czarny Ląd. Udało mu się również otrzymać błogosławieństwo z rąk samego Ojca Świętego Jana Pawła II oraz od Jana Obszańskiego ord. Kamiecko-Podolskiego. Chociaż, jak przyznaje Pan Jan, do celu podążał zygzakiem, po drodze skręcając w każdą dróżkę będącą zaproszeniem w nieznane, to w końcu po 70-ce dotarł do celu i w rozrachunku końcowym nie żałuje żadnej swojej decyzji: „Nie chcę powrotów, nie chcę psuć wspomnień, rozczarować się. Nie żałuję podjętych wyborów, widać taka miała być moja droga. Na Kresach miałem okazję poczuć się wolnym – dzikie ogniska, obozowiska bez zezwolenia, nocowanie pod gołym niebem, zachody i wschody słońca, poranki i kilometry drogi i tylko to się liczy, co przed nami – inny świat i ludzie. A w drodze jestem sobie Panem, nikt mnie nie ogranicza, ciekawość co znajdę za zakrętem dodaje siły mięśniom napędzającym koła w ruch. Jak mogę spuentować to wszystko: Nie wyruszam w świat, żeby zaliczyć kolejne miejsce, nie mam kaca, że coś mnie ominęło, że jeszcze gdzieś nie byłem. Ta podróż ma przede wszystkim służyć mi, rozwijać, a to co zyskam w jej trakcie, co otrzymam od ludzi napotkanych w drodze – przekażę innym”. Z rowerowych wojaży ten podróżnik przywiózł najcenniejsze pamiątki – wspomnienia i zapisanych w nich ludzi napotkanych w drodze. Owocem zebranych skarbów, zgodnie z zapowiedzią naszego gościa, ma być książka. Z niecierpliwością czekamy zatem na to wydanie i życzymy Panu Janowi, aby jak najdłużej „utrzymywał równowagę”, bo jak powiedział Albert Einstein: „Życie jest jak jazda na rowerze, aby się utrzymać w równowadze, musisz się poruszać do przodu”.

(bibliotekarz Anna Dubel)