Orizaba – mój dziesiąty pięciotysięcznik

76

Na Gali Sportu Gminy Zamość w Białowoli 20.02.2020 r., tuż przed wybuchem pandemii Covid 19, miałem zaszczyt przedstawić prezentację, na temat mojej pasji, tj. podróżowania – a szczególnie zdobywania wysokich szczytów, na które to w ostatnich czasach zabieram ze sobą flagę Gminy Zamość. Zapytany o plany na 2020 rok, odpowiedziałem, że planuję wyjazd do Meksyku, celem zdobycia kolejnego 5-tysięcznika, a ma nim być Piko de Orizaba – 5636 m. Ponieważ wybuchła pandemia Covid 19, plan wyjazdu do Meksyku nie wypalił, ale w zastępstwie udało się zorganizować niezwykle ciekawy wyjazd na Islandię, o którym pisałem w Biuletynie Samorządu Gminy Zamość.
Coś zaplanować na 2021 rok było trudno, bo sytuacja w świecie była trudna do przewidzenia. Orizaba cały czas siedziała mi w głowie, bo miał to być mój jubileuszowy – 10 pięciotysięcznik, więc koniecznie chciałem zrealizować mój plan. Rok temu chęć na wyjazd do Meksyku zadeklarowało paru moich kolegów, z którymi byłem w Iranie w 2019 roku, zdobywając Demavend – 5610 m. W końcu, każdy z nich miał swoje inne plany, a ja ze swoim zostałem sam. Na zdobywanie Orizabe jedzie się wczesną wiosną albo późną jesienią, gdyż w lecie podczas pory deszczowej jest to niemożliwe. W związku z powyższym, zgłosiłem swoją chęć wyjazdu do znanej mi firmy organizującej wyprawy wysokogórskie, z którą już wcześniej byłem w Nepalu i na Elbrusie (5642 m) w Rosji. Jej plan zakładał wylot 27.11.2021 r. Na grafiku wyjazdu przy Orizabe pokazał się pomarańczowy kolor co oznacza, że wyjazd dojdzie do skutku i że pozostały 2-3 miejsca do uzupełnienia składu. Zaniepokojony tym, że mimo mojego zgłoszenia nie dostałem żadnego potwierdzenia zakwalifikowania mojej osoby do wyjazdu, zadzwoniłem na podany numer firmy. Odebrała pani Marta i stwierdziła, że nie ma mojego zgłoszenia, ale zaraz sprawdzi na skrzynce szefa, bo ona dopiero dzisiaj jest pierwszy dzień w pracy po urlopie. „Tak, jest pan na skrzynce Jarka i zaraz pana wciągam na listę uczestników”. Jeszcze zapytała czy już kiedyś z nimi wyjeżdżałem – potwierdziłem, że tak, 2 razy. Wszystko nagle uległo przyśpieszeniu, bo w międzyczasie dostałem skierowanie do sanatorium w Solcu-Zdroju. Dobrze, że termin pobytu w sanatorium wypadł przed wyjazdem do Meksyku, bo mogłem podleczyć moje zdrowie.
Jako najważniejszy zabieg w sanatorium uważam schładzanie azotem kolan, co już wcześniej spraktykowałem. Dobrze wpływa na moje kolana, z którymi miałem problem przy zejściach z góry. No i wzmogłem przygotowania kondycyjne, czyli przed śniadaniem stała od lat gimnastyka, po obiedzie marsz kilka kilometrów, w tym po drodze ćwiczenia na urządzeniach od ćwiczeń na świeżym powietrzu i na koniec bieg do utraty tchu. Wyjazd do Meksyku został przesunięty na 26.11, więc urywam się trzy dni z sanatorium, wpadam do domu na 2 godziny i o 19.15 wsiadam w autobus do Warszawy. 26.11. o godzinie 6.35 startujemy do Paryża. Tu dwie godziny na przesiadkę i o 11.20 startujemy do Meksyku. Lot trwał prawie 12 godzin. W Meksyku lądujemy o 17.00 czasu lokalnego. Na lotnisko przyjeżdża po nas wynajęty na całą wyprawę busik z kierowco-przewodnikiem. Po zakwaterowaniu w hotelu w samym centrum miasta Meksyk, tuż przy Pomniku Rewolucji, idziemy na kolację do pobliskiej restauracji. Siadamy na dworze, przy trzech połączonych stolikach, bo w środku grają mariachi i jest głośno, a my chcemy porozmawiać o tym co nas czeka i bliżej się poznać. Grupa liczy 9 osób plus nasz przewodnik Michał – przedstawiciel firmy organizującej wyjazd, ratownik TPR z Zakopanego. Wśród naszej dziewiątki 6 osób to kobiety i 3 mężczyzn. Trochę byłem zaskoczony tym składem. Jak już wszyscy usiedli to Michał zagaduje – no to chwalić mi się tu kto, gdzie i kiedy ostatnio był w górach. Pierwszy odpowiada Artur, najmłodszy z grupy. Pik Lenina, ponad 7 tys. m, Kirgistan. Kolej na mnie – odpowiadam 9 pięciotysięczników, ostatni Demavend, Iran 2019. Następne trzy panie koło pięćdziesiątki – Aconcagua Argentyna, prawie 7 tys. m, czwarta Dorotka, najmłodsza z nich, też Aconcagua, piąta Kasia z Bielska – Himalaje, a w styczniu w planie Aconcagua. Została para Ola i Paweł, jako jedyni nie byli jeszcze powyżej 5 tys. m, ale mają Mont Blanc 4808 m i sporo szkoleń w Tatrach. Jak się okazuje to ekipa jest mocna. Następnego dnia odpoczywamy jeszcze po podróży, więc przewidziane jest zwiedzanie miasta, jednego z największych miast świata, ponad 20 milionów mieszkańców. W planie katedra i ruiny starego miasta. Mimo że mamy samochód do dyspozycji, do Muzeum Archeologicznego jedziemy metrem, aby bardziej poczuć atmosferę miasta. Wieczorem pakowanie, bo rano o czwartej pobudka i wyjazd do Parku Narodowego Tuluka, 80 km na zachód, gdzie u stóp wulkanu Tuluka leży miasto Tuluka. Samochodem podjeżdżamy na wysokość około 4 tys. m, a stąd wędrówka na jeden ze szczytów Piko de Humboldt, około 4400 m. Następnie schodzimy do krateru, gdzie znajdują się dwa jeziora zwane Słońcem i Księżycem. Po zejściu do jezior miałem mały kryzys aklimatyzacyjny – trochę zakręciło mi się w głowie i trochę osłabłem. Podejście na przełęcz i zejście do samochodu, zjazd do głównego parkingu, gdzie jemy obiad i ruszamy w drogę do Puebla po wschodniej stronie Meksyku. Musieliśmy przejechać przez całe miasto Meksyk, więc do Puebla dotarliśmy dość późno i bardzo zmęczeni – 7 godzin w samochodzie.
Na następny dzień przewidziane jest zwiedzanie miasta. Pełno tu zabytków, zwłaszcza kościołów. Mówi się, że w Pueblo przypada najwięcej kościołów na jednego mieszkańca w Meksyku. Katedrę położoną tuż przy parku miejskim, zaczęto budować w 1550 roku, a ukończono po 300 latach. W środku naprawdę jest piękna. W 1987 roku historyczne centrum Puebla zostało wpisane na listę UNESCO. Po południu jedziemy zwiedzać największą w Meksyku piramidę Cholula i wybudowany na jej szczycie kościół. Jak budowano kościół, to myślano, że buduje się go na szczycie wzniesienia i dopiero później odkryto, że jest to piramida obsypana ziemią. Do dziś nie wiadomo kto i dlaczego tak zrobił. Niestety przez pandemię nie możemy zwiedzić podziemi piramidy. Kolejnego dnia po śniadaniu udajemy się do miasta Huamantla, u podnóża wulkanu La Malinche. Po drodze zjeżdżamy trochę z trasy i zahaczamy o Przełęcz Cortesa leżącą między dwoma, słynącymi z legendy, wulkanami Popocatepetl i Iztaccihuatl. Wjeżdżamy na wysokość 4000 m, podchodzimy do gór gdzieś na 4300 m w celach aklimatyzacyjnych. Następnego dnia znów wstajemy bardzo rano, bo zadaniem dnia jest wejście na pobliski wulkan La Malinche – 4462 m.
Przed wschodem słońca dojeżdżamy na parking w sosnowym lesie na wysokość 3000 m. Do pokonania mamy przewyższenie 1400 m. To poważna próba sił. Najpierw długo idziemy przez wspomniany las zwany tu niekończącym się lasem, aby w końcu znaleźć się przed stromym zboczem, pokrytym usuwającym się spod nóg piargiem. Tu zakładamy kaski i tak wchodzimy na przełęcz, a stąd po grani, po skałach wchodzimy na szczyt. Tutaj już można było zaobserwować kto jak jest mocny. Cały czas utrzymywałem się na czwartej pozycji – Artur, Kasia, Dorota i ja, reszta trochę z tyłu. Na szczycie fotki, trochę siedzenia, aby organizm aklimatyzował się na tej wysokości. Schodzę jako pierwszy bez bólu w kolanach. Krioterapia z sanatorium działa. Następnego dnia opuszczamy miasto Huamanta i udajemy się do miasteczka Tlachichuca u stóp Pico de Orizabe – naszego głównego celu wyjazdu. Po drodze zwiedzamy prekolumbijskie miasto Cantona. To jeden z najpiękniejszych zabytków w Meksyku odkryty w latach 90. XX wieku.
Wieczorem meldujemy się w hotelu. Nasz samochód z bagażami na dachu miał problemy z parkowaniem, bo ledwo mieścił się w bramie hotelu – zarówno na szerokość, jak i wysokość. Jak się okaże tych problemów tutaj będziemy mieli więcej, a mianowicie to tu mieliśmy się przepakować, do małych plecaków mieliśmy zapakować rzeczy potrzebne na wejście na szczyt, a w dużych zostawić resztę rzeczy i zostawić to w depozycie do naszego powrotu. Tu też mieliśmy spędzić jedną noc po powrocie z góry. Jednak właściciel stwierdził, że nie ma miejsca na bagaże, więc rano wyruszamy ze wszystkimi bagażami do wioski, do naszego głównego przewodnika, który jest organizatorem wejścia na górę. W jego domu jemy śniadanie, przepakowujemy się, ładujemy potrzebne rzeczy do dwóch samochodów 4×4 i ruszamy do bazy Piedra Grande pod Orizabą.
Dziką górską drogą po wertepach i w kurzu powoli pniemy się do góry. Gdzieś w połowie drogi w rosłym sosnowym lesie przekraczamy granicę Parku Narodowego. Strażnik pobiera opłatę za wjazd 50 peso czyli 2,5 dolara, oraz daje do wypełnienia listę, gdzie wpisujemy imię, nazwisko, numer telefonu i wiek. Spoglądam na listę i nie widzę nikogo po sześćdziesiątce, od razu pojawiają się obawy czy na pewno dam radę. Po około 4 godzinach jazdy docieramy do bazy, czyli schronu górskiego położonego na wysokości 4260 m. Ten budynek będzie naszą bazą wypadową do ataku na szczyt. W pobliżu budynku, w namiotach rozbiły się inne ekipy, które nie znalazły miejsca w schronie albo tak chciały. Jak się później okazało też wolałbym mieć zakwaterowanie poza schronem. Ale póki co każdy zajmuje miejsce do spania, czyli rozkłada karimatę i śpiwór.
Śpi się na drewnianych pryczach jak śledzie, jeden obok drugiego i jeszcze są dwa piętra nad nami, gdzie wchodzi się po drabinie. Obok budynku postawiliśmy mały namiot, który służy nam jako mesa, a nasza kuchnia jest w przybudówce do schronu. Wypijamy gorącą herbatę, coś przekąszamy i wyruszamy do góry na pobliski szlak w celach aklimatyzacyjnych. Po zejściu do bazy Michał, nasz szef, zarządza odprawę. Wszyscy mają stawić się w mesie ze sprzętem. Sprawdza wszystko dokładnie, aby później w nocy nie było niespodzianek. Najpierw uprząż i do tego dwa karabińczyki, kask, czekan, latarka. Bardzo dokładnemu sprawdzeniu poddane są buty i raki, czy są dobrze wyregulowane i skręcone. Następnie zabiera głos główny przewodnik, który informuje co nas czeka podczas wejścia. Dzieli trasę na odcinki i omawia każdy z nich, informuje, jak mamy się najlepiej ubrać i że uprząż i kask ubieramy przed wyjściem, raki dopiero na lodowcu. Idziemy w zespołach trzyosobowych, czyli przewodnik i dwie osoby podpięte pod jego linę. Jeżeli ktoś z zespołu nie da rady schodzi cała trójka – zespołu nie można podzielić. Jeżeli ktoś nie wejdzie do godziny dziesiątej następuje odwrót. Na koniec życzy sukcesu i zarządza pobudkę o godzinie dwunastej, lekkie śniadanie i o pierwszej wymarsz. Spać idziemy około dziewiętnastej. Na sali, oprócz nas, śpią Meksykanie – spora grupa. O tak wczesnej porze trudno zasnąć, na dodatek cały czas coś się dzieje, a to ktoś się przekręca i szeleści, a to ktoś chrapie, ktoś kaszle, ktoś wychodzi. Na dodatek wysokość robi swoje. Już prawie usypiałem, a tu nagle dzwoni dzwonek – 22.30 wstają Meksykanie. Wybierali się przez półtorej godziny, gwar, rozmowy, świecenie latarkami po oczach, próba zwrócenia im uwagi, że my jeszcze śpimy nic nie daje. Punktualnie o 23.00 wychodzą. Nareszcie nastała cisza, pozostała godzina na sen. Tak naprawdę to nie wiem, czy usnąłem, gdy już trzeba było wstawać. Ubieram się tak, aby się nie przegrzać, aby nie trzeba było się rozbierać, bo jesteśmy w uprzęży. Drugą lekką kurtkę biorę do plecaka, będzie na zejście. Przewidywana temperatura przy lodowcu minus dziesięć stopni. 1.15 wzruszamy do góry, idzie mi się dobrze, trzymam czwartą pozycję. Trochę marzną palce u rąk, więc zakładam łapawice, nic nie pomaga – a jest niewygodnie, zdejmuję, a palce rozgrzewam ściskając je w dłoni. Tak dochodzimy do lodowca około 5 tys. m. Zakładamy raki i formujemy zespoły. Michał zarządza, kto z kim idzie, czyli tak jak utrzymywaliśmy szyk. Pierwsza trójka, przewodnik Artur, Kasia, druga Dorotka i ja. Dorota prosi o zmianę, chce iść z Kasią. Jest zgoda, a ja mam iść z Arturem. Tak jak staliśmy, do liny podpina nas nasz przewodnik, czyli on pierwszy, ja i Artur na końcu. Ruszamy, trawersując po stoku, bo po prostej nie da się wchodzić – za stromo. Każda trójka idzie swoją drogą. Gdzieś w połowie lodowca, jak już zaczęło świtać, spotykamy Dorotkę i Kasię. Spoczywają, myślę, nieźle im idzie. Mijamy ich i idziemy dalej, chwila odpoczynku, robimy zdjęcia i dalej w górę. Chyba trochę zacząłem słabnąć, bo Artur zaczyna mnie doganiać co powoduje, że lina między nim a mną się luzuje, co z kolei powoduje, że ta lina czasami zahacza o moje raki, a tak nie może być, bo stwarza to możliwość wywrotki, czyli niebezpieczną sytuację. W związku z tym ja przyspieszam, jak ja przyspieszam to się zwalnia lina między mną a przewodnikiem, więc on przyspiesza i tak w przyspieszonym tempie na granicy wytrzymałości docieramy na szczyt jako pierwsi z naszej grupy, czyli najstarszy – ja i najmłodszy Artur. Jest godzina 8.45, sobota 4 grudnia 2021 r. Robimy zdjęcia, ja z flagą Gminy Zamość. Dopiero po upływie pół godziny dochodzi Kasia i Dorota, za godzinę reszta grupy. Wspólne zdjęcie i w dół. Przy zejściu jest odwrotnie, ja prowadzę Artur, drugi przewodnik, ostatni. Po około 14 godzinach wracamy do bazy. Ale to nie koniec przygód na dziś. Na razie pijemy herbatkę, zwijamy spanie i do samochodów. Jak dojeżdżamy do wioski naszego przewodnika, jest już dawno po zachodzie słońca. Obiadokolacja, przesiadka do naszego busa i do hotelu na nocleg. A tu czeka na nas informacja, że nie ma dla nas miejsca, że właściciel próbował nas poinformować, ale nie mógł się dodzwonić. Jesteśmy potwornie zmęczeni, a tu jeszcze nie wiadomo, gdzie będziemy spali. Próba znalezienia innego noclegu w tym mieście nie dała rezultatu, dopiero wolne miejsca udało się znaleźć w miasteczku Tepeaca, 100 km dalej. Tu docieramy około północy. Szybka kąpiel i spanie.
W Meksyku spędzamy jeszcze 3 dni, zwiedzając między innymi prekolumbijskie miasto Teoihuacan, gdzie znajdują się słynne piramidy Księżyca i Słońca, oraz odwiedzamy, jedno z najważniejszych w świecie chrześcijańskim, Sanktuarium Maryjne – Guadelupa.

Józef Kwaśniak