To jest tak proste, a jednak bardzo trudne

64

Mój serdeczny kolega, Józef Kwaśniak, to podróżnik i wielki miłośnik gór. Przechodzi kolejne kręte szlaki i zdobywa nowe szczyty.
W tym roku, z flagą Gminy Zamość, podróżował po malowniczej Islandii. Dech w piersi zapierają miejsca, które odwiedził. Przepiękne widoki w słońcu i „w chmurach do samej ziemi” /cytat z reportażu/. Marsz w chmurach, gdy wkoło otacza wszystkich niebiańska rosa, to musi być piękne przeżycie.
Kolega ma wielką odwagę i silną wolę. Wyruszył na trudną wyprawę, w czasie, kiedy ludzie zasłaniają maskami ochronnymi swoje twarze. Pokazał, że wszystkim potrzebny jest optymizm i marzenia. Najważniejsze, żeby kierować się rozsądkiem i nie robić nic na siłę. Ważne, aby to co robimy sprawiało nam radość i przyjemność.
W przyszłym roku będzie brał udział w kolejnej wyprawie. Będę trzymał kciuki i czekał na jego szczęśliwy powrót. Z każdej wyprawy otrzymuję od niego unikalne pamiątki. Z islandzkiej wyprawy dostałem, piękne wulkaniczne kamyki, w tym jeden z bazaltu. Bardzo serdecznie Ci Józek za to dziękuję, a wszystkich Państwa zapraszam do zapoznania się z relacją z tegorocznej wyprawy Naszego podróżnika.
Zygmunt Łyszcz

Na daleką północ z flagą Gminy Zamość

Planem na rok 2020 było zdobycie wulkanu Orizaba w Meksyku – 6536 m. Ze względu na covid -19, zamierzenie to nie wypaliło. Trzeba było coś wymyślić. Padła propozycja – lecimy na Islandię. Zebrała się nas piątka, akurat pełny skład na Jeepa. Ustaliliśmy termin wylotu – Kraków 11.08.2020 r. godz.14,30, cena za bilety 777 zł. Jeszcze w Polsce opłaciliśmy obowiązkowe badania na covid – 250 zł.
Lądujemy w Keflaviku o 17:00 czasu lokalnego. Z samolotu skierowano nas prosto do kabin, gdzie pobrano nam próbki z gardła i nosa. Islandia wita nas deszczem i zimnem, chmury do samej ziemi. Na lotniskowym parkingu czeka na nas podstawiony Jeep. Ruszamy w stronę Reytiaviku, to 40 km jazdy. Krajobraz trochę księżycowy. Na jałowej ziemi leżą kamienie porozrzucane przez wulkan, przeplata się to z lawą, pokrytą zielonkawym mchem. W Reytiaviku spotykamy się z Polakiem, właścicielem samochodu, który informuje nas o jego stanie technicznym – ponoć 100 procent sprawny. Uzupełniamy paliwo i zapasy jedzenia w sklepie spożywczym. Większość jedzenia wieziemy z Polski, bo tu wszystko drogie. No i ruszamy w drogę na nasz pierwszy kamping w Parku Narodowym Thingvellir, położonym na północnym brzegu największego islandzkiego jeziora Tingvallavant.
Deszcz leje, zimno, a ja jeszcze w krótkich spodenkach. Szybko się przebieram i w pięć minut stoi namiot. Poranek przywitał nas pełnym słońcem, przezroczystym powietrzem i wspaniałymi widokami na okoliczne wzniesienia. Rano otrzymujemy wiadomość, że wszyscy przeszli pomyślnie testy na covid. Śniadanie, zwijamy namioty i w drogę. Pierwszym miejscem, gdzie się zatrzymujemy jest rejon, gdzie Islandia pęka na pół. Tu spotykają się dwie płyty tektoniczne, euroazjatycka i północnoamerykańska. Płyty te rozchodzą się około 2 cm na rok, tworząc głęboki kanion i liczne szczeliny. Miejsce to jest również ważne dla historii Islandii. Tu ogłoszono jej niepodległość w dniu 17.06.1944 roku. Tu zebrał się w 930 roku pierwszy parlament islandzki, który jest jedną z najstarszych instytucji parlamentarnych na świecie. Tu ma letnią siedzibę premier Islandii, gdzie w 1970 roku w pożarze tego domku, zginął premier Benediktsson wraz z żoną i czteroletnim wnukiem.
Następnie ruszamy drogą nr 1, wzdłuż południowego wybrzeża do pierwszego naszego wodospadu Seljalandsfoss, a następnie kilka kilometrów dalej Skogasfoss. Tu wchodzimy na punkt widokowy, z którego widać miejsce zrzutu wody i czarną plażę Reynisfjara, po której niebawem powędrujemy kilka mil nad sam ocean, gdzie leży, rozbity w 1973 roku, samolot DC-3.
Po tej wędrówce wjeżdżamy na punkt widokowy na szczyt półwyspu, skąd rozpościera się piękny widok na czarne plaże, wystające z oceanu formacje skalne i zatokę, gdzie był niegdyś port. W kierunku północnym góruje największy lodowiec Europy Vatnajokull – 8300 km kwadratowych. Strasznie tutaj wieje, więc wsiadamy w samochód i jazda 1,5 godziny na kamping w Parku Narodowym Skaftafell pod lodowcem. Rozbijamy namioty. Kolację organizujemy w stołówce kempingowej i spanie. Ranek wita nas pochmurną pogodą, ale nie pada. Śniadanie jemy na świeżym powietrzu. Po śniadaniu idziemy na krótki trekking, najpierw pod lodowiec, a właściwie pod jeden z wielu jego jęzorów. Pod sam lodowiec nie udaje nam się bliżej podejść. Wielka rzeka, która się utworzyła, uniemożliwia to nam. Trudno, wybieramy następny szlak pod wodospad, których tutaj są dziesiątki, ale ten, pod który podchodzimy jest wyjątkowy. Nosi nazwę Svartifoss, czyli Czarny Wodospad, a to dlatego, że jego czarne sześcioboczne bazaltowe filary zdobią jego ściany. Zaliczany jest do jednego z najpiękniejszych wodospadów świata i był inspiracją dla architektów przy projektowaniu Teatru Narodowego Islandii oraz kościoła w Rejkiaviku.
Następnie jedziemy nad lodową lagunę, gdzie pływa mnóstwo sporych niebieskich brył lodowych odrywających się od lodowca. Tutaj turyści mogą wsiąść na pokład pływającej amfibii i popływać po lagunie w bezpośredniej bliskości brył lodowych i licznych fok. Ja z plecaka wyciągam flagę Gminy Zamość i robię zdjęcie na tle pływających brył lodowych. Bryły te znajdują ujście do oceanu, gdzie są obrabiane przez oceaniczne fale i wyrzucane na plażę zwaną Diamentową Plażą, urzekając i zachwycając swym niepowtarzalnym pięknem.
W drodze powrotnej na kamping przystajemy, aby podziwiać przeogromny masyw lodospadu piętrzącego się na kilkaset metrów, ale pogoda się psuje i chmury przysłaniają nam widok. Na kamping dojeżdżamy na piętnastą. W przestronnej stołówce jemy przyrządzony obiad i do kolacji opowiadamy o wrażeniach z dzisiejszego dnia i nie tylko. Rano jak tylko otworzyli stołówkę, to robimy wczesne śniadanie, bo dzisiaj czeka nas długa jazda w centralny rejon wyspy. Pogoda znowu piękna, o co w Islandii trudno. Po drodze zatrzymujemy się i idziemy pod lodospad, podeszliśmy bardzo blisko, widok niesamowity. Zsuwający się niebieski lód przeplatany czarnymi smugami uwięzionego w nim pyłu wulkanicznego, tworzy niesamowite piękno.
Następny punkt to Kanion Fjadrarglufur, znowu widoki cudowne. Kilka fotek i jedziemy dalej, tym razem w planie wejście na wulkan Laki – 818 m n.p.m. Wybuch tego szczelinowego wulkanu w 1783 roku na długości 25 km, klasyfikuje go na drugim miejscu na liście najpotężniejszych wybuchów w dobie najnowszej historii. Unoszące się gazy spowodowały długotrwałe i ostre zimy, co spowodowało złe plony na całym świecie, a to z kolei przyczyniło się do powstania głodu. U stup wulkanu zostawiamy samochód i do góry. Ze szczytu niesamowity widok na 150 mniejszych wulkanów, niebieskie jeziora i w oddali dwa potężne lodowce. Schodzimy innym szlakiem za co na dole oberwało się nam od strażniczki, bo ten szlak jest zamknięty. Siadamy w samochód i wracamy inną trasą. Tu zaczyna się przygoda z samochodem Najpierw, tuż po przejechaniu sporej rzeki, stanęliśmy przy jakiejś jaskini i ktoś zauważył, że z chłodnicy leje się płyn i że pewnie w rzece uderzyliśmy w jakiś kamień i przedziurawili chłodnicę. Podchodzę, biorę na język i orzekam, że to woda a nie płyn. Wentylator wciągnął w chłodnicę trochę wody i teraz wycieka. Po strachu. Jedziemy dalej. Ale to nie koniec przygody z samochodem, zaczęło coś tłuc, najpierw myśleliśmy, że coś w bagażniku, ale hałas robi się coraz większy, więc znowu orzekam, że pewnie rura wydechowa uderza o resor. Stajemy, oglądamy, tak rura ledwo się trzyma. Trzeba do warsztatu. Najbliższa miejscowość – 40 km. Dojechaliśmy. Na stacji CPN dowiadujemy się, że warsztat jest blisko, 100 m. Podjeżdżamy, właśnie zamykają. Na gorącą naszą prośbę pracownik zgodził się zostać po godzinach. Po pół godzinie samochód był gotowy. Tłumik wycięty. Wstawiona tylko rura i z mocnym wydechem ruszamy w dalszą drogę.Tuż przed zmierzchem trafiamy na kamping nad rzeką, gdzie postanowiliśmy zanocować. Po rozbiciu namiotów i zjedzeniu kolacji idziemy jeszcze nad pobliski wodospad. Jest piękny, a ja nie wziąłem aparatu, więc rano jak wszyscy spali poszedłem na zdjęcia. Po śniadaniu w samochód i w drogę do następnego kanionu. Jest inny niż poprzedni.
Idziemy wzdłuż rzeki, dochodzimy do wodospadu. Małe podejście i jesteśmy na tarasie widokowym. Jest piękny, z kaskadami. Zdjęcia i ruszamy na drugą stronę kanionu. Wchodzimy na szlak, który prowadzi na przeciwległe szczyty. Stąd piękny widok na wodospad i rzekę. Schodzimy w rejonie parkingu i ruszamy dalej w głąb interioru, aby dotrzeć do rezerwatu przyrody Fjallabak, na spotkanie z Górami Tęczowymi – Landmannalaugar. Po dotarciu na kamping rozbijamy namioty, płacimy za miejsce, dostajemy opaski, które dają nam przepustkę na prysznic i gorące źródła. Po obiedzie ruszamy na szlak. W planie wejście na niezwykle kolorowy wulkan Brennisteinsaldo – 855 m. Najpierw przechodzimy przez olbrzymie pole lawowe pochodzące z 1477 roku. Mijamy również gorące wyziewy siarkowe, aby powoli dotrzeć na szczyt, skąd rozpościera się widok na obłędnie kolorowe i piękne góry. Tu po raz drugi wyjmuję flagę Gminy Zamość, aby zrobić zdjęcie na tle tych niesamowitych gór. Schodzimy innym szlakiem, gdzie po pewnym czasie docieramy na zieloną łąkę, pokrytą kwitnącą na biało wełnianką. Przechodzimy obok niewielkiego jeziorka, w którym odbijają się te kolorowe góry, błękit nieba i i białe cumulusy. Zrobione zdjęcia wyglądają jak pocztówki.
Niedziela, szósty dzień pobytu, wstajemy rano, bo dziś w planie wejście na najwyższy czynny wulkan Islandii Hekla, zwany potocznie ,,Bramą do Piekła” – 1491 m. Ostatnia erupcja 2000 rok. Wczoraj dostaliśmy esemesa, aby być ostrożnym, bo teren w rejonie wulkanu się podnosi, co stwarza możliwe niebezpieczeństwo. Mimo ostrzeżenia jedziemy. Przed wejściem na szlak stoi tablica z napisem, od 06.09 szlak zamknięty. Na parkingu spotykamy miejscowego przewodnika, który nas też ostrzega, że jak dostaniemy esmesa o możliwości wybuchu, to natychmiast uciekać. Zaczynamy podejście, najpierw drogą, później ostro pod górę po usuwającym się piargu. Na szlaku jesteśmy sami. Dochodzimy do pola lawowego, kluczymy między jego zwałami, Michał co jakiś czas sprawdza na GPS, jak iść dalej. Jakoś przebrnęliśmy i w końcu przechodzimy przez dwa pola śnieżne, gdzie łapiemy szlak, który pokryty jest drobnym żwirem. Po drodze mijamy urządzenia sejsmiczne. W końcu dochodzimy na szczyt, widzialność doskonała, chmury pod nami. Robimy zdjęcia z flagą Polski i Gminy Zamość i w dół. Do samochodu docieramy na godz.15 i powrót na kamping, gdzie zostały nasze namioty. Jemy obiad i kolację jednocześnie i spanie. Poniedziałek – pobudka wcześnie rano, gdyż czeka nas daleka droga w głąb wyspy. Pełne zachmurzenie, chmury ciągną się po ziemi. Zobaczymy co przyniesie dzień. Po drodze wstępujemy do sklepu, aby powiększyć zapasy żywnościowe. Basia zagląda na swoją pocztę i mówi, że dostała informację, że dzisiaj do 10.30 musimy stawić się do najbliższego szpitala na badanie przesiewowe na covid -19. Wracamy 40 km do najbliższego szpitala. Próbki pobierają nam bez wysiadania z samochodu. Poszło szybko i mniej boleśnie niż na lotnisku. Ruszamy dalej w drogę, aby dotrzeć od gejzeru Strokkur, który co 5 minut wyrzuca w górę na wysokość 30 m słup wody. Niespełna 10 km dalej oglądamy wodospad Gulfoss,100 m szeroki 44 m wysoki, zwany Złotym Wodospadem, gdyż unoszące się w powietrzu krople wody przy padającym na nie słońcu dają złoty blask.
Wsiadamy w samochód i ruszamy dalej w głąb wyspy po wertepach. W pewnym momencie skręcamy z drogi, bo zobaczyliśmy obelisk wyznaczający środek wyspy. Po wyjściu z samochodu okazuje się, że złapaliśmy gumę. Wyładowujemy bagaż i szukamy koła zapasowego, jest pod podłogą bagażnika i opuszcza się go korbą. W zapasie brak powietrza. Jest problem, stoimy w samym centrum wyspy z kapciem, bez koła zapasowego. Gdzie szukać pomocy? Z kołem na drogę wysyłamy Basię z Jackiem, zawsze to kobieta, może ktoś się zatrzyma i będzie miał pompkę. Mieliśmy szczęście zatrzymał się Oli, Islandczyk. Najpierw zapytał skąd jesteśmy, z Polski, a to pomoże, bo Amerykanom by nie pomógł, bo nie lubi ich prezydenta. Oli podjeżdża i ma zestaw naprawczy i sprężarkę, jesteśmy uratowani. Bez przygód dojeżdżamy na kamping, gdzie wieczorem oglądamy jeszcze gorące źródła, na kąpiel nikt się nie decyduje. Ranek przywitał nas mgłą, mało co widać, ale wsiadamy w Jeepa i w drogę. Nasz cel to obszar geotermalny Hveradallir, leżący między kolorowymi wzgórzami masywu Herlingarfjoll. Na miejsce naszego punktu widokowego dojeżdżamy w kompletnej mgle, ale schodzimy do doliny nad gorącą rzekę z gotującą się wodą i błotkiem, czuć siarkowodór. Obieramy szlak i powoli pniemy się do góry. Chmury powoli się unoszą i odsłania się niesamowita panorama. Pejzaże i sceneria jak z innej planety. Widziałem wiele, ale to miejsce jest po prostu niezwykłe. Po 2h ruszamy dalej na kolejny kamping, który znajduje się na wysokości 858 m. Jest bardzo zimno i strasznie wieje. Rano ruszamy dalej na północ. Pierwszy punkt postojowy to wodospad Aldeyjarfoss z przepięknymi formacjami skalnymi. Jedziemy dalej zieloną łubinową doliną. Pierwszy raz widzę tyle zieleni i gospodarstwa rolne. Godafoss to drugi dzisiaj wodospad, który oglądamy.
Następnie zatrzymujemy się nad jeziorem Myvatn, przy grocie z gorącą wodą, słynnej z kręconego tu filmu. Nieco dalej zatrzymujemy się przy polu geotermalnym Namafjall. Wieczorem docieramy do oceanu, oglądając po drodze jeszcze dwa potężne wodospady Dettifoss i Selfoss. Namiot rozbijamy na pięknie wykoszonej zielonej murawie tuż nad oceanem. Oglądamy piękny zachód słońca, jest 21.30. W nocy było zimno, musiałem się ubrać. Rano szron pokrył namioty i trawę. Po śniadaniu ruszamy do Husawiku, aby wsiąść na kuter rybacki i popłynąć, polować obiektywem na wieloryby. Udało nam się je zobaczyć, nawet kilka. Rejs trwał 3 godziny. Po powrocie wypijamy kawę w pobliskim barze i ruszamy wybrzeżem w stronę Reykjaviku. Po drodze oglądamy jeszcze różne ciekawe miejsca w tym Hvitserkur, czyli smoczą skałę wystającą z oceanu, znaną z pocztówek i magnesików o Islandii. Na nocleg zatrzymujemy się na kampingu, 25 km od Reykjaviku. W nocy mocno wiało, częściowo złożyło nam namiot, ale spało się dobrze. W Reykjaviku odnajdujemy naszą kwaterę, drewniany czerwony domek w turystycznej dzielnicy, tuż przy głównym deptaku i porcie. Jemy obiad w normalnych naczyniach, a po obiedzie jedziemy jeszcze do parku narodowego na krótki relaks. A wieczorem spacer po mieście, aby poobserwować jak w stolicy ludzie spędzają początek weekendu. Słychać polską mowę. Nocleg w normalnym łóżku. Po śniadaniu wychodzimy na miasto, kupujemy pamiątki i wyjazd na lotnisko. Do Polski startujemy o czasie.

Józef Kwaśniak, Mokre